Radosnej Wielkanocy!

mar 26

Z okazji Świąt Wielkanocnych życzymy Wam wielu radosnych chwil, spokoju ducha i nowych inspiracji budzących się wraz z wiosną.

Redakcja

Read More

Chanel z supermarketu

mar 03

Jest jeszcze ciemno. Czwarta, piąta, szósta rano… Poranki są już zimne, ale niebawem zacznie świtać i może zza chmur wyjdzie słońce. Przynajmniej tak mówili wczoraj w prognozie pogody po Wiadomościach. Wystarczy cieplej się ubrać i jakoś da się wytrzymać. A jak nie, to zawsze  można pochuchać w dłonie, chwilę poskakać w miejscu, albo poczekać, aż ktoś życzliwy przyniesie w termosie ciepłą kawę. Jedni ustawiają się w kolejce sami, inni wysyłają chłopaków, mężów, a nawet ojców. Są też tacy, którzy opłacają kogoś, żeby stał za nich, albo stoją „na zmiany”. Każda metoda jest dobra, o ile dzięki niej uda nam się osiągnąć cel – po otwarciu sklepu wykiwać ochroniarza oraz konkurentów i dostać się do środka jako pierwszy.

Podobno to nie szata zdobi człowieka, a najważniejsze jest to co ma się w środku – nasz charakter. Niestety, w dobie internetu, gdy pierwsze wrażenie jakie wywrzemy na drugiej osobie jest kluczowe w stosunkach międzyludzkich, szata wychodzi na pierwszy plan. Z resztą, przecież na „sweet fociach” charakteru nie widać. W czasach, gdy żeby coś osiągnąć musimy być fit,  a internetowe trenerki głoszą hasła, że tylko szczupli możemy być szczęśliwi, nasz wygląd zewnętrzny i ubranie to sprawa priorytetowa. W czasach, gdy szafiarki, telewizja i media społecznościowej uczą nas, żeby nie wychodzić z domu bez makijażu, a w nowym swetrze możemy pokazać się tylko raz, chcemy wyglądać jak z wyfotoszopowanego zdjęcia. Presja, jaka zalewa nas co dnia, sprawia, że każdy z nas chciały mieć w szafie coś fajnego. Nie jakiś zwykły ciuch, który może mieć każdy, ale ekskluzywny, taki „z metką”. Taki, na jaki mogą sobie pozwolić celebryci. Szczególnie młodzi ludzie, wychowani w pokoleniu tabletu i ogólnodostępnego wifi są podatni na to w co łapie nas sieć.

Jeśli przed wejściem do sklepu widzimy „kilometrowe kolejki” to mogą być tylko dwie opcje – promocja w Lidlu, albo światowej sławy projektant, wrzuca kolekcję swoich ciuchów do popularnej sieciówki H&M.

Od jakiegoś czasu internet zalewają filmy ze szturmu sklepów sieci Lidl. Wszystko zaczęło się rok temu od promocji torebek znanej polskiej marki oraz bożonarodzeniowego karpia. Targ przeniósł się do budynku sklepu, a klienci, dostojnie chodzący po sklepie z wypchanymi wózkami, w krzyczące i przepychające się przekupki. Płeć i wiek nie gra roli, kiedy chęć posiadania i konsumpcji staje się większa, niż zdrowy rozsądek. Nagrywanie kolejek i biegnących, między sklepowymi alejkami z obłędem w oczach ludzi, stało się naszym sportem narodowym. Potem wystarczy taki filmik umieścić w internecie, a rozpowszechnia się on w mgnieniu oka, za sprawą znanych portali i mediów społecznościowych. Kiedyś nagrywali je przypadkowi klienci, zaskoczeni tym co się dzieje. Teraz na takie „akcje”, żeby popatrzeć, pośmiać   się i nagrać szalejące tłumy, ludzie przychodzą specjalnie, mimo, że nic nie kupują. Jeśli przed wejściem do sklepu widzimy „kilometrowe kolejki” to mogą być tylko dwie opcje – promocja w Lidlu, albo światowej sławy projektant, wrzuca kolekcję swoich ciuchów do popularnej sieciówki H&M.

Chęć konsumpcji nie zna wstydu. Udowodniono to podczas premiery kolekcji znane,j francuskiej marki Balnain, która zaprojektowała specjalną kolekcję dla sieciówki H&M. W Polsce można było ją kupić jedynie w dwóch sklepach – w Warszawie i Krakowie. W kreacjach tej marki pokazywała się m.in. amerykańska celebrytka Kim Kardashian, czy nasza rodzima Doda. Oczywiście, oryginalne projekty tego domu mody ceny mają o wiele większe, ale te z sieciówki są do nich bardzo podobne, no i na kieszeń przeciętnej, ciułającej do skarpety kieszonkowe, dziewczyny.

Udowodniło to, że modne jest przepłacanie za metkę. Niektóre blogerki uznały, że ich Wittcheny nadają się już tylko do noszenia w nich ziemniaków.

 Pytanie jest jedno – czy tania wersja wymarzonej torebki, czy bluzki jest tyle samo warta co ta z oryginalnego domu mody, a może jest warta tyle co zwykła podróbka. W internecie, aż huczało od głosów, że H&M to nie Balmain i dziewczyny tam kupujące zawsze będą nosiły „masówki”. To samo działo się po promocji torebek marki Wittchen, które sprzedawano w supermarkecie Lidl. Niektóre blagierki były tym faktem oburzone. Torebki tej marki, na przykład w sklepie internetowym, kosztują około 900 złotych za sztukę. Kiedy zapłacisz za swoją torbę „tysiaka” możesz liczyć na „lans”. Jeśli taką samą torbę ma co druga kobieta w autobusie, produkt staje się bezwartościowy. Udowodniło to, że modne jest przepłacanie za metkę. Niektóre blogerki uznały, że ich Wittcheny nadają się już tylko do noszenia w nich ziemniaków. Inne nie chcą wyglądać na biedne – Właśnie stracili klientkę. Nie chcę nosić czegoś, o co bili się ludzie w Lidlu, co poszło na handelek, co kosztowało 249 zł. Bo wychodzę na taką właśnie osobę! – pisała na swoim blogu jedna z nich.

Wszyscy śmieją się zakupoholiczek, ale ten się  śmieje, kto się śmieje ostatni. Na aukcjach internetowych torebki wystawiane są z przebiciem nawet do kilkuset złotych. Z Balmainem jest podobnie. Rzeczy wycenione są nawet o 100% więcej. Na przykład za t-shirt z logiem, który kosztował w sklepie150 złotych jeden z allegowiczów zażyczył sobie 1500 złotych. Z kolei cena różowej, długiej sukni, w sklepie dostępnej za 1399 złotych, na Allegro dochodziła do 5500 złotych. A przecież rzeczy i tak nie należały do najtańszych. Ceny dodatków zaczynały się od 59 złotych, a sukienek dochodziły do 2 tysięcy.  Ceny jednak nie odstraszały – nawet w Internecie trzeba było czekać w kolejce. Serwery siadły zaraz po rozpoczęciu sprzedaży.

Zwykli szarzy ludzie, czy handlarze, im wypada rozpychać się łokciami w bitwie o przysłowiowego karpia. Ale żeby tak samo zachowywali się ludzie z pierwszych stron gazet? Jak donoszą portale plotkarskie, nawet celebryci padli presji posiadania w szafie kiecki znanej marki. Z zakupowego szaleństwa ostro tłumaczyła się aktorka Maja Bohosiewicz. W celebryckim światku, aż kipi od opowieści jak to gwiazdy biły się o wymarzoną bluzkę. Łapały ubrania na ślepo nie zważając co i w jakim rozmiarze biorą, a następne, za pieniądze, wymieniały się na odpowiednie dla siebie rozmiary.

Była już „chytra baba z Radomia”, torebki, karpie i kurtki z Lidla, przyszedł czas na bitwy w sieciówce. Taka już nasza, naznaczona przez lata komunizmu natura. Lubimy stać w kolejkach, kłócić się i dostawać coś z darmo – co to już bez znaczenia. Ofiar z sińcami pod oczami, złamanymi nogami, czy obcasami raczej nie było, ale to co się działo potwierdza, że to nie pieniądze dają szczęście, tylko zakupy. A może by tak, bieg po promocje, uznać za nasz sport narodowy? W końcu w czymś bylibyśmy naprawdę dobrzy.

Klaudia Jakubiuk

Read More

Odczarowanie

lut 26

Świt w Nowym Yorku każdego dnia wygląda inaczej. Niedzielny, lipcowy poranek jest całkiem przyjemny. Wokół budynku, w którym od tygodnia mieszka Karol, jest wyjątkowo cicho. Blade promienie słońca ledwie docierają do parteru. Nocne parne powietrze ustąpiło porannemu orzeźwieniu. Dopiero teraz człowiek spokojnie może zapaść w sen. Sen, który daje wytchnienie od ciągłego myślenia o pracy, pieniądzach, tanim jedzeniu i o Niej… Ten błogostan niestety zostaje brutalnie przerwany. Karol – spocony, wystraszony, zdezorientowany – budzi się. Przez krótką chwilę siedzi nieprzytomny na łóżku. Zaczyna prowadzić monolog: Co do ciężkiej k… nędzy jest. Dzwonił budzik? Przecież wyłączyłem go wczoraj. Dzisiaj mam wolne. Wreszcie nie muszę zasuwać na tej durnej budowie. Na chwilę Karol wyłącza swoje myślenie. Próbuje znowu zasnąć. Przewraca się z boku na bok. Potem wstaje z łóżka, idzie do toalety. Warkot spłuczki w klozecie oznacza, że czynności fizjologiczne nie zajęły mu zbyt dużo czasu. Znowu wraca do sypialni. Wydaje mu się, że jest bardzo senny. Kładzie się do wilgotnej pościeli. Zamyka oczy. Powtarza sobie: jestem senny,  jestem zmęczony…. Nagle ciszę przerywa stukot przejeżdżającego pociągu miejskiego. Karolowi wydaje się, że wszystkie pociągi świata wjeżdżają do jego głowy. Poopada we wściekłość. Co jest! – krzyczy. I … wybudza się. Zaczyna całkiem logicznie analizować sytuację. Nie popadając w irytację, jak mantrę recytuje słowo po słowie:  Stary, jesteś w Nowym Yorku. To szczyt twoich marzeń. Nie wydzieraj się. Nikt ciebie nie słyszy. A jeżeli nawet, to nikt ciebie nie zrozumie. Gadasz po polsku. Przestaw się. To inny, lepszy świat, amerykański. Nie marudź! Weź się w garść! Przecież za parę lat chcesz otworzyć knajpę w tym swoim Supraślu. Potrzebujesz money, money, money… Jest to jakiś argument. Trzeba ochłonąć i spróbować przetrwać niedzielę. Pierwsza myśl, jaka przychodzi Karolowi do głowy, to śniadanie. No tak. Śniadanie zawsze Karol jada w drodze do pracy. Pod stacją kolejki kupuje w automacie 2 puszki coli i 2 czekoladowe batoniki. Starczy mu to gdzieś do dziesiątej. O tej godzinie na budowie jest 15 minut przerwy. Kumpel, który załatwił Karolowi robotę przynosi dwie kanapki – jedną oddaje jemu. No tak. To rytuał dnia powszedniego. Dzisiaj jednak jest niedziela. Trzeba pójść na sąsiednią ulicę do sklepu. Bzdura! W niedzielę sklepy są zamknięte. Właściciel mieszkania uprzedzał, że zakupy w spożywczaku na wolne od pracy dni trzeba robić w sobotę. Co za paranoja. Niby taki cywilizowany kraj, a chleba nie można kupić. To w tej biednej Polsce człowiek jak panisko jechał po kościele do marketu i  kupował… . Karol przez chwilę popada w nostalgię. Odruchowa sięga ręką na nocną szafkę po telefon. O k… . Chłopie, opanuj się. Przecież w twoim Supraślu dochodzi dwunasta w południe. Wszyscy poszli do kościoła. Za oknem robi się coraz cieplej. W mieszkaniu na szczęście działa klimatyzacja. Jakoś to będzie, oby do poniedziałku.

Poniedziałek, czwarta rano. Budzik w telefonie wygrywa zakurzony przebój sprzed wieków: „wstawaj, szkoda dnia”. Ten dzwonek Karol ustawił sobie tak dla hecy, żeby matka w domu się nie złościła, że zbyt długo leży w swoim wyrku i zastanawia się, czy musi dzisiaj jechać do Białegostoku na zajęcia na polibudzie, czy jeszcze może sobie godzinkę posiedzieć przy kompie i przejrzeć ploty na Fejsie. Matka uwielbiała ten przebój i przynajmniej nie zaglądała do pokoju, a on mógł sobie jeszcze poleniuchować. Ale to było dawno – 2 tygodnie temu. Teraz jest ten pieprzony NY i musi wstać. Na samą myśl robi mu się niedobrze. Za jakiś czas zrobi się gorąco, niewyobrażalnie mokro. Koszulka przyklei się do torsu. Rozbolą się wszystkie mięśnie i kości od przenoszenia rolek włókniny, którą trzeba najpierw wtaszczyć do windy, zawieść na 21 piętro, potem wypchnąć z windy na korytarz, przeturlać do schodów przeciwpożarowych i na koniec na własnym grzbiecie wnieść na dach rolka za rolką – od ósmej do osiemnastej, albo i do dwudziestej. Przecież musi pamiętać, że przyjechał tu  po money, money, money … . Nawet już wie, jak nazwie swoją knajpę. Codziennie wieczorem buszuje po Internecie i ogląda strony z wyposażeniem restauracji i barów. Wczoraj zwrócił uwagę na garnki i inne akcesoria. Jego uwagę przykuł zestaw patelni ze stali nierdzewnej, kwasoodpornej – totalna profeska. Ta największa miała średnicę 50 centymetrów. O k… ! Jaką jajecznicę można na tym usmażyć. Marzenie. Jeszcze nikomu o tym nie powiedział. Nawet nie zdradził swoich planów dla Niej. Bo zresztą po co. Przecież przed wyjazdem pokłócili się . Ona nie mogła zrozumieć, dlaczego on, najlepszy maturzysta z Supraśla, zrezygnował z przystąpienia do sesji egzaminacyjnej na polibudzie i w 3 tygodnie załatwił wyjazd do Stanów.  To mgliste wspomnienie o kłótni wytrąciło Karola z równowagi. Podirytowany wyszedł z mieszkania. Nawet nie zauważył, że jest zbyt wcześnie, żeby pojechać do pracy.

Wtorek. W sypialni, trzeci raz z rzędu wyje budzik. Karolowi wydaje się, że na jego głowę spadają wszystkie patelnie świata. A ta jego wymarzona, kwasoodporna pięćdziesiątka rozwala mu nos. Taki poranek to koszmar. Co prawda to prawda – nie ma skutków bez przyczyny. Wczoraj po robocie poszli z kumplem na jego metę. Po drodze wstąpili do baru na jakieś „psie” żarcie. W sklepie kupili 4 piwa. Miało być miło i przyjemnie. Chcieli sobie trochę pogadać o polskich sprawach, bo w robocie konwersację możesz ograniczyć do dwóch  słów: „okay” i „ yes”. Przecież człowiek czasami musi wylać z siebie trochę więcej myśli i nie zawsze musi być „tak” czy „w porządku”. Nie przewidzieli jednego. Na czterech piwach nie skończyło się. A dzisiaj rano ręka jak ołów nie może trafić na nocny stolik, żeby uciszyć telefon. I wcale nie jest dobrze wstać skoro świt. Kto to wymyślił? Nagle za oknem przeraźliwy pisk hamulców i okropne wrzaski kobiety – chyba przekleństwa. Ciekawość, nie mylić ze wścibstwem, to jednak silny imperatyw do działania. Karol wyłazi ze swojego barłogu i podchodzi do okna. Wydaje mu się, że czas zatrzymał się w miejscu, a on jak na filmie, w zwolnionym tempie unosi noga za nogą i płynie przed siebie do rodzinnego Supraśla, że za oknem zobaczy swoją ulicę, sąsiada ze strasznie wkurzającym psem i sąsiadkę, która niemożliwie wydziera się na pół miasteczka. Te półsenne majaki znikają w chwili, kiedy nos Karola dotyka śliskiej szyby. Otrzeźwienie przychodzi szybciej, niż tego wymaga sytuacja. Chłopie! Zabalowałeś, wydałeś kasę, to teraz rusz dupę i szybko do roboty!

„Kocham środę! Może inaczej. Środy nie muszę kochać. Kocham poranny deszcz w NY. Dlaczego? Bo przy takiej pogodzie wiem jedno – nie będę pracować na dachu”. Z tą myślą Karol przeciąga się leniwie. Ma trochę czasu na poranną toaletę. Siedząc na klozecie robi rachunek sumienia z poprzedniego dnia: po dziesięciu dniach pobytu w Stanach opanował kilka strategii, które pozwalają mu odłożyć trochę więcej kasy niż się spodziewał. Przede wszystkim kupił trzydziestodniowy bilet na kolejkę miejską. Zawsze to parę dolarów w kieszeni. Od kumpla dowiedział się, że niedaleko budowy jest taki bar, że po dwudziestej może za dwa dolary jeść ile chce. Był tam już dwa razy. Co prawda nie ma pewności, czy żarcie jest świeże, ale da się przełknąć. Nie jest to obiad u mamusi, ale dużo i co ważne, jest to ciepły posiłek. Wczoraj trafił mu się odsmażany kurczak. Kiedy go dostał, miał taką minę, jakby zobaczył kosmitę. Kumpel, który był razem z nim nie mógł opanować śmiechu. Głupi! Przecież Karolowi nie chodziło o tego kurczaka. Ważniejsza była patelnia, która przez chwilę mignęła mu przed oczami. Właśnie taką sobie kupi do knajpy w Supraślu.

Pieprzony czwartek, pieprzona czwarta rano. Ten wczorajszy deszcz wcale nie był taki fajny. Od wilgoci i gorąca można było zwariować. Na dodatek szef wysłał go z kierownikiem na zakupy. Kupili tysiące? puszek z klejem. Mieli pecha. Nikt im nie pomógł w załadunku. Odczuł nieźle na własnych kościach  i mięśniach te zakupy. I jeszcze ten deszcz. Upierdliwe rzępolenie o szyby samochodu, w głowie robi się  totalna sieczka. Nie można własnych myśli usłyszeć. Bebechy wywracają się same do góry nogami. Zapytasz dlaczego? Jak to dlaczego? Siedzisz tutaj w Stanach. Zasuwasz jak motorek za nędzne dolary. Nie masz czasu na kumpli, kumpli też nie masz, o amerykańskich dziewczynach też zapomnij. A w tym Supraślu twoja laska nie wiadomo co robi, z kim się zadaje, czy jeszcze jest twoja? Dołujące. I tylko gdzieś daleko, jak światełko w tunelu uśmiecha się do ciebie i kusi ogromny bilbord przy wjeździe do Supraśla. Na nim napis: Zajazd u Karola i wielka, kwasoodporna, cudowna – patelnia.

Czwartek, 4 a.m. „Sukces. Zaczynam używać angielskich zwrotów”. Z tą refleksją Karol wygramolił się z łóżka. Jeżeli ktoś przywiązuje wagę do słowa łóżko, to w tym miejscu należy mu się niewielkie sprostowanie. Mebel wykorzystywany przez Karola do spania składał się  z czegoś, co było dawniej tapczanem albo małżeńskim łożem i dodatkowego materaca. Rzucony na wierzch niedbale śpiwór określał prowizoryczny charakter tego miejsca. Prowizorką w tym momencie był również sam Karol. Jego prowizoryczna praca – właśnie wczoraj okazało się , że od soboty musi szukać nowej roboty. Prowizoryczny kolega – kumpel, który przynosił mu przez dwa tygodnie kanapkę na drugie śniadanie, oświadczył, że należy mu się 20 dolców za jedzenie, i że Karol powinien z nim rozliczyć się w piątek po wypłacie. Wreszcie prowizoryczne plany na przyszłość – money, money, money… i jeszcze więcej zielonych. Wszystko to okazało się iluzją. Na dodatek właściciel mieszkania przypomniał, że w sobotę Karol powinien wpłacić kolejne pieniądze, jeżeli chce tutaj mieszkać.  I to ma być sukces? Chrzanić to. Człowiek, dopóki sam się nie przekona, może dużo gadać. A to, że w Polsce nie można się dorobić, a to, że studiowanie, to strata czasu, a to, że Ameryka, to cud, miód i takie tam . Poziom frustracji u Karola niebezpiecznie zbliżał się do granic wytrzymałości. I…  jak co rano o tej porze uruchomił się  dzwonek budzika w telefonie: „jak dobrze wstać…”. Brakowało tylko wejścia do mieszkania FBI lub innego amerykańskiego CBA, CBŚ czy czegoś tam. Dobrze, że nie przyśnił mu się żaden koszmar typu: kopniak w bebechy lub  łomot patelnią po głowie.

Ostatni piątek w tej robocie. Karol wstaje o piątej. Nie zamierza rozmyślać o swojej przyszłości. Kładąc się spać, po raz pierwszy od przyjazdu do NY, ułożył sobie plan dnia. Postanowił pojechać do pracy autobusem. To co, że ma bilet na kolejkę – niby takie amerykańskie metro. Niech to metro sobie się schowa – właśnie schowa – to dobre określenie na coś, co jeździ głównie nad ziemią, po sieci rusztowań. A jak Amerykanin chce zobaczyć prawdziwe metro, to niech przyjedzie do Warszawy. Po wypłacie Karol zamierza rozliczyć się ze wszystkimi, a jeżeli zostanie mu trochę kasy, to wieczorem wpadnie do Greenpointu. Właśnie wczoraj dostał maila od znajomej, która przyjechała dwa dni temu do NY do swojej ciotki. Fajnie będzie pogadać o tym, co słychać w Supraślu. Może czegoś dowie się o matce i przede wszystkim o swojej dziewczynie. Czy Ona na pewno jest jeszcze jego? To pytanie świdruje mu dziurę w głowie. Był głupcem, że tak dał się sprowokować do kłótni. Przecież dzisiaj wie, że nie miał racji. Postąpił jak wariat, kiedy bez powodu przestał jeździć na zajęcia na polibudę. Będzie to musiał jakoś załatwić. Ciekawe, czy jego ubiegłoroczny wynik z  matury daje jakiekolwiek szanse na dostanie się na studia w drugim terminie rekrutacji. Nagle Karol zaczyna snuć nowy plan: do Polski wraca pod koniec sierpnia, żeby załatwić formalności i zacząć studia od początku. Musi zostać w tym parszywym NY, żeby odpracować koszty podróży. A ten zajazd? Knajpa może zaczekać! Ale tą patelnię kwasoodporną to i tak sobie kupi – nie musi mieć pięćdziesiąt centymetrów średnicy – wystarczy dwadzieścia, żeby na domowej kuchni się zmieściła.

Sobota, południe. To niesamowite uczucie, móc spokojnie przespać całą noc. Wstajesz, jesteś rześki, chce ci się skakać, góry mógłbyś przenosić. Właśnie w takim nastroju Karol rozpoczyna przyrządzać sobie śniadanie z obiadem „za jednym zasiadem”. Na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech. W ten sposób pierwszy posiłek nazywała jego laska, kiedy razem balowali w nocy i budzili się dopiero około południa. To były dobre czasy. Musi wszystkie nieporozumienia wyjaśnić, naprawić to, co schrzanił.  Najważniejsze, że wróci na studia. Przeprosi dziewczynę. Jak wróci do Supraśla, kupi ogromny bukiet czerwonych róż… Myśli Karola biegną w stronę ukochanej. Rozmarzył się. Nawet nie zauważył, że jajecznica, którą sobie usmażył na patelni, spaliła się. A co tam. Zjem sandwicha – mówi sam do siebie. Wychodzi z kuchni. Otwiera laptopa. Loguje się do poczty, przegląda korespondencję z ostatnich dwóch tygodni. To niewiarygodne, że przez tak długo nie czytał listów i sam nie pisał do nikogo.  Czy jest rozczarowany, że nie ma wiadomości od Niej? Nie zastanawia się nad tym. Zaczyna pisać: Chyba się w Tobie zakochałem. Uświadomiłem to sobie dopiero w NY. Wybacz. K.

Grzegorz Zackiewicz

Read More

Piątek trzynastego

lut 16

Anka nie miała nawet zamiaru szukać klucza w odmętach swojej torebki. Mimo permanentnego braku żarówki na półpiętrze, na którym znajdowało się jej mieszkanie, już na schodach zauważyła, że drzwi od jej dwupokojowego lokum są uchylone. Z wąskiej szparki pomiędzy drzwiami a framugą sączyła się stróżka ciepłego, pomarańczowego światła. Nienawidziła tej „ciepłej pomarańczy” rozlanej po przedpokoju. Dawał ją stary, zakurzony o niemiłosiernie brzydki pomarańczowy klosz, którego nigdy nie miała czasu ściągnąć. Wolałaby już „gołą” żarówkę niż to paskudztwo pod sufitem.

W pierwszym odruchu stanęła jak wryta na półpiętrze. Oblał ją zimny pot, zrobiło jej się gorąco. To było dziwne uczucie, które towarzyszyło jej zawsze w stresujących sytuacjach. Była sparaliżowana strachem, a jedyne rozwiązanie jakie przychodziło jej do głowy w tamtej chwili to albo telefon pod numer 997, albo ucieczka. Wybrała to drugie. Odwróciła się szybko i już miała zbiegać po schodach, jednak w ułamku sekundy, podjęła męską decyzję. Wejdzie tam. Może Sylwia wróciła? – pomyślała. Nie. Akurat to wydawało się niemożliwe. Sylwia wyjechała wczoraj na weekend do rodziców. Dostała w pracy pierwsze, od dłuższego czasu, wolne dni, więc postanowiła skorzystać z ładnej pogody i wybrać się na Pomorze. Nie możliwe było, żeby po 24 godzinach, wróciła na weekend do stolicy, zamiast podziwiać zachody słońca nad jeziorem. Anka wciągnęła głęboko powietrze i oparła się o ścianę klatki schodowej, z której obłaziła zielona farba.

Sylwia wróciłaś do Warszawy!?

 Napisała szybki SMS i już po chwili, jakby koleżanka tylko czekała na wiadomość, dostała odpowiedź – zdjęcie współlokatorki na spacerze z psem jej ojca.

Fala gorąca uderzyła ją po raz drugi, przeszły ją ciarki. Anka odkleiła się od zimnej ściany i na palcach, żeby obcasy nie stukały na schodach, wolno zaczęła wspinać się na górę. Serce biło jej jak szalone. Widziała, że postradała zmysły, ale adrenalina robiła swoje – czuła, że musi tam wejść. Może, po prostu zapomniałam zamknąć drzwi, a w mieszkaniu nikogo tam nie ma? Jeśli zadzwonię na policję to zrobi się tylko niepotrzebne zamieszanie i wyjdę na panikarę i wariatkę. Najwyżej bandziory, które chcą wynieść z mojego wynajmowanego mieszkanka, którego design, za czasów Gierka, uchodził za szczyt mody i smaku, czarno – biały telewizor i stary laptop, zrobią mi krzywdę – mówiła sama do siebie. Po tym jak kilka godzin temu straciła pracę, było jej i tak wszystko jedno. Przeklęty piątek trzynastego! – dodała głośnym szeptem i sama zatkała sobie usta dłonią.

To był podły dzień. Miała nadzieję, że chociaż po powrocie do domu będzie miała spokój. Stojąc w korku marzyła, że rozsiądzie się wygodnie na kanapie z butelką wina. Ewentualnie, już lekko pijana, przejrzy jakieś ogłoszenia o pracę. Na rauszy wydadzą się jej sensowniejsze, inaczej będzie musiała wrócić na garnuszek rodziców. Nie pozwoli przecież, żeby facet ją utrzymywał. Zatrzymała się w połowie drogi.

Zadzwonię do Tomka  – pomyślała, ale uznała, że zanim jej chłopak przyjedzie w godzinach szczytu, autobusem z Targówka na Mokotów, wyniosą jej z mieszkania też meblościankę razem z popiersiem Piłsudskiego, stojącym na haftowanej serwetce za szybą. Dlaczego Tomek uważał, że nie nadaje się na kierowcę? Przecież skoro ona zdała egzamin na prawo jazdy za czwartym podejściem i uważała się za marnego kierowcę to on mógłby zrobić „prawko” nawet we wszystkich możliwych kategoriach. Ale nie. Tomasz uważał, że Anka świetnie jeździ i jeden kierowca w związku im wystarczy.

Anka szybko weszła na swoje piętro i pchnęła drzwi, które otworzyły się delikatnie z cichym skrzypnięciem. Dała krok w głąb mieszkania. Zagryzła wargę i opierając się o starą szafę delikatnie ściągnęła buty, przy okazji zauważając w rajstopach wielkie „oczko”. Zaklęła w myślach. Dlaczego nikt w biurze jej o tym nie powiedział? Cholerni karierowicze! Dobrze, że już tam nie pracuje. – pomyślała. Cicho zamknęła za sobą drzwi, ale nie na klucz, w razie gdyby musiała uciekać. Anka już chciała krzyknąć filmowe, jest tam kto?, ale uznała, że to idiotyczne. Postanowiła, że załatwi nieproszonego gościa inaczej. Bo, że w mieszkaniu ktoś był stało się faktem. Unosił się w nim dziwny zapach, słyszała jak ktoś porusza się w salonie. Skradając się weszła do kuchni i cicho otworzyła szufladę, w której były garnki. Najciszej jak się dało wyciągnęła z niej najcięższą, żeliwną, wielką dużą patelnię, która została w mieszkaniu jeszcze po matce nieboszczce właściciela. Anka oparła się o szafki i cicho westchnęła. Pociły jej się dłonie, a rączkę patelni ściskała tak mocno, że aż bolała ją dłoń.

Usłyszała kroki. Była jak spłoszone zwierzę. Zesztywniała i stanęła na baczność. Uniosła patelnię do góry i czekała. Wydawało jej się, że dosłownie słyszy głośne bicie swojego serca.

Nagle zobaczyła wysoką szczupłą postać, wchodzącą do kuchni. Postać wyciągnęła rękę do włącznika światła. Anka mocno zamachnęła się i z panicznym krzykiem uderzyła niedoszłego napastnika w środek głowy. Postać zdążyła wydusić z siebie tylko ciche przekleństwo i runęła z hukiem na podłogę.

- Matko Święta chyba go zabiłam! – krzyknęła przerażona Anka sama do siebie.

Z hukiem odłożyła patelnię na blat i włączyła światło. Było tak jak myślała – na podłodze leżał Tomek. Rozpoznała go od razu, jeszcze w ciemności, ale przez strach impuls okazał się silniejszy. Anka zaczęła nerwowo rozglądać się po kuchni. W końcu wyciągnęła z szafki dużą szklankę z Ikei i nalała do niej zimnej wody, po czym chlusnęła nią chłopakowi prosto w twarz.

***

Tomek trzymał przy czole kostki lodu, okręcone w tetrową pieluchę. Udawał, że nic go nie boli, ale Anka wiedziała, że to nie była prawda. Chciała nawet zawieźć chłopaka do szpitala, ale ten kategorycznie odmówił spędzenia tego wieczora na izbie przyjęć. Był uparty, a Anka prawie zawsze mu ulegała. Siedzieli przy stole, na którym płonęło kilka zapachowych świeczek. Anka, skulona w sobie, siedziała obok chłopaka. W miskach stygł makaron z pomidorowym sosem – jej ulubionym i butelka nieotwartego wina. Gdy nastąpił feralny atak, Tomek akurat szedł do kuchni po otwieracz. Anka uśmiechnęła się sama do siebie. Pomyślała, że Tomek chyba chciał zrobić im kolację jak ta w „Zakochanym kundlu”. Ugotował długi makaron i mieli zjeść z jednego talerza. Banalna kolacja przy świecach, banalne dania – z Tomka kucharz był żaden. Spaghetti to i tak był szczyt jego możliwości kulinarnych, a stół nakryty jednorazowym obrusem estetycznych. Najważniejsze, że się starał. Nie mieszkali razem. Jakoś tak wyszło, bo Anka lubiła niezależność. Nigdy nie musiała być jego praczką, czy sprzątaczką i to on zawsze robił dla nich śniadanie, gdy zostawał u niej na noc.

- Przepraszam, że zniszczyłam ci niespodziankę… Miałam fatalny dzień… Poza tym nie spodziewałam się, że Sylwia da ci klucze od mieszkania…

- Nasz związek jest jakiś pechowy…

- Pechowy?

- Pamiętasz naszą pierwszą randkę?- zapytał, a krople z topniejącego lodu spływały mi po twarzy.

- Tę której nie było, bo złamałam nogę? – Tomek z lekkim uśmiechem pokiwał głową.

-  A nasze pierwsze wakacje we Włoszech? – dodał.

- Uhu… Obiłam auto mojego ojca jeszcze przed wjazdem na autostradę.

- A pierwszej nocy na campingu wiało tak mocno, że połamał nam się namiot i musieliśmy spać w aucie do końca wyjazdu…

- Nie mieliśmy kasy, żeby kupić nowy namiot, pamiętasz? – dokończyła rozbawiona Anka.

- A na koniec okazało się, że zapomniałam z domu dowodu rejestracyjnego i przejechaliśmy bez niego pół Europy!

- Jesteś też jedyną kobietą na świecie, która zapomina o 5 rocznicy związku.

- Wcale nie! Dokładnie pamiętam ten dzień. Wyszłam z metra, było już po zmroku i jakiś dres próbował wyrwać mi torebkę, w której miałam pieniądze na czynsz. Na szczęście pojawiłeś się jak superbohater! Nikt nawet się nie obejrzał, tylko ty mi pomogłeś. I wiesz co? Chyba to właśnie wtedy się w tobie zakochałam…

- A pamiętasz gdzie to było?

- No jasne na „patelni” w przy Metrze Centrum.

Oboje zaczęli się śmiać.

- W sumie historia zatoczyła koło. Dzisiaj też myślałam, że ktoś mnie okrada i potraktowałam cię patelnią…

Anka wstała z miejsca i usiadła Tomkowi na kolanach. Tomek odłożył mokry okład na stół. Jego czoło było napuchnięte i czerwone. Miał też wielką „śliwę” pod okiem. Anka czule go pocałowała.

- Przepraszam. Naprawdę nie chciałam zrobić ci krzywdy, ale nie rób mi więcej takich niespodzianek.

- Tego nie mogę ci obiecać. – Anka zmarszczyła czoło.

Tomek delikatnie zsunął ją ze swoich kolan. Anka stanęła przed nim i splotła ręce na piersi. Tomek zaczął szukać czegoś po kieszeniach.

- Cholera jasna, gdzie to jest?

- Ale co?

- O matko! Pomóż mi!

- Ale w czym?

Tomek zaczął mieszać łyżką w sosie pomidorowym.

- Co ty robisz?

- Kiedy gotowałem, nachylałem się nad sosem, żeby go spróbować… – tłumaczył nadal mieszając w garnku.

- No i?

- I zgubiłem w nim to…

Tomek wsadził rękę do garnka i wyciągną umazany w sosie pierścionek.

- Słońce… To wszytko miało wyglądać inaczej, ale…

- Tak!

- Co tak?

- Wyjdę za ciebie. Tylko musisz wiedzieć, że to są najgorsze oświadczyny jakie mogłam sobie wyobrazić. – Anka wyrwała chłopakowi pierścionek, wytarła go serwetką i włożyła sobie na palec.

- Jesteś pewna, że chcesz być do końca życia z takim pechowcem jak ja?

- Daj spokój, dzięki temu moje życie jest ciekawsze. Mam też pomysł…

- Jaki?

- Teraz pojedziemy do szpitala, zrobią ci badania, a jutro to ja coś ugotuje i oświadczysz mi się jeszcze raz.

Tomek wyciągnął rękę. Anka ze zdziwieniem uniosła brew.

- Oddaj mi pierścionek skoro mam ci się jeszcze raz oświadczyć.

- Pierścionka nie będę już zdejmowała z palca! Obawiam się, że znając twoje szczęście, jeśli bym ci go oddała, do jutra, po prostu byś go zgubił…

 

Klaudia Jakubiuk

 

Read More

Kocioł piekielnych głupot

lut 09

Sesja ma to do siebie, że często, oprócz tradycyjnych egzaminów, dodatkowo są zadawane liczne prace semestralne. Tematy są różne – mniej lub bardziej przyjemne do pisania, ale cokolwiek by nie mówić, bez nich sesja na studiach humanistycznych jest niepełna i wygląda blado. Dlatego też ochoczo chwyciłam za przysłowiowe pióro. Co z tego wyszło? W sumie kilka kartek sformatowanego tekstu – to tak w skrócie. Zresztą, wystarczy spojrzeć na temat, który wybrałam, i wszystko staje się chyba jasne:

„Muzyka, gry komputerowe, kreskówki, moda… Kultura nastolatków jest pełna odniesień do satanizmu. Gotyk i metal odzwierciedlają czarną wizję świata, przepełnioną siarką, czasem przemocą, której punktem odniesienia jest Szatan. Zainteresowanie nowych generacji tematyką zaświatów, okultyzmów wszelkiego pokroju, wśród których miejsce ma i spirytualizm, nie wpisywałoby się w odwieczne zapotrzebowanie młodych na posiadanie własnej ideologii? Być może Satanizm jest tylko jednym ze sposobów na wyrażanie pewnej niezgody na świat, wewnętrznych konfliktów i frustracji? Jakie alternatywy mogłoby zaproponować społeczeństwo, aby powstrzymać tę falę agresji i nienawiści?”

***

 

„Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” – powiedział niegdyś stary Indianin, siedząc na zwalonym konarze drzewa nad przepaścią. Takich widoków, jak wówczas, nie doświadczył już nigdy więcej w swoim, trwającym jeszcze 5 minut, życiu. Widział bizony skubiące leniwie trawę, kobiety z sąsiedniego plemienia, zażywające porannej kąpieli w pobliskim strumieniu, wojowników szykujących się na polowanie i wielkiego niedźwiedzia, opierającego swoje potężne łapy o nieszczęsny konar drzewa, na którym siedział. I to by było na tyle. Resztę widoków tworzyły „w locie” rozmazane plamy barwne, połyskujące wspomnieniami w złocistych promieniach słońca. Indianin stracił swój punkt siedzenia, to i widzenie stało się mniej wyraźne. Jaki z tego morał? Zanim usiądziesz na konarze drzewa rozpostartym nad przepaścią, upewnij się, że nie ma w pobliżu niedźwiedzi, mogących bestialsko odebrać punkt siedzenia i zmienić sposób widzenia.

W tym miejscu pozwoliłabym sobie na subtelny uśmiech w stronę twórcy tematu, który prawdopodobnie wrósł już korzeniami w swoje przekonania o świecie, niczym huba czy inna jemioła, pasożytując na kulturze. Dlaczego? Bowiem nie można jednostronnie i bezkrytycznie wobec własnej wizji, badać szerszego pojęcia, mającego swoje podwójne albo i potrójne dno kulturowe, czy też subkulturowe, jak temat wskazuje. Bo jak inaczej można określić wrzucanie muzyki metalowej, ubioru gotyckiego, gier typu „Diablo”, spirytualizmu i innych, tylko z pozoru pokrewnych elementów, do wielkiego wora, a może w tym kontekście nawet kotła, z wypaloną ogniem piekielnym nazwą – SATANIZM? Toż to ma tyle ze sobą wspólnego, ile wata cukrowa ze śniegiem – mogą być puszyste, połyskiwać w słońcu, z daleka wyglądać pozornie jednakowo, a mimo to lepienie bałwana z waty cukrowej czy jedzenie śniegu na patyku, do zwyczajnych zjawisk nie należą. Owszem, można, ale czy warto?

Kultura nastolatków jest bowiem pełna odniesień do różnych rzeczy, ideologii, wizji i pełna nieprzerwanych frustracji. To dzięki temu młodzi ludzie są w stanie zademonstrować swoją odmienność strojem, walcząc z huśtawką nastrojów po zawodach miłosnych, problemach w szkole, poczucia braku zrozumienia u dorosłych, poprzez wyładowywanie złych emocji, poprzez słuchanie muzyki, uprawianie sportu czy granie w pozornie brutalne gry. I nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat metal i gotyk miałyby odzwierciedlać czarną wizję świata? Chyba nie z powodu przewagi czerni w ubiorze? Bo idąc tym tropem, biznesmeni i księża musieliby z całą pewnością być ponurymi wyznawcami Szatana. Co ciekawe, na wschodzie to biały jest kolorem śmierci i żałoby, gdzie w naszym kręgu kulturowym oznacza on niewinność i czystość. Raz skażony umysł możliwością relatywizmu, przestaje postrzegać świat jednostajnie, wnikając w przyczyny różnych zjawisk i nie osądzając ich pochopnie. Może właśnie dlatego, z mojego punktu widzenia (a siedzę sobie wygodnie w czarnym fotelu, używając „Krytyki czystego rozumu” Kanta za podkładkę pod myszkę), mroczną wizją świata kreują pozbawione wszelkich ambicji, wypudrowane jak chińska lalka z porcelany i przecukrzone lukrowym różem nastolatki, które żując głośno gumę w autobusie, nie mniej dyskretnie chwalą się „psiapsiółkom” i „fumfelom” przez telefon, co wczoraj porabiały ze Stivem, Swenem czy innym Kenem na stole kuchennym, przystanku autobusowym i masce samochodu, nie szczędząc pikantnych szczegółów.

Pierwsza lepsza piosenka z topowych pozycji powszechnych rankingów muzycznych – „Bad Romance” Lady Gagi, ma więcej nawiązań do rozwiązłości seksualnej (kojarzonej często stereotypowo z satanizmem) niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. W jednej ze zwrotek możemy usłyszeć:

Pragnę Cię obłąkanego
Twej stojącej pały
Pragnę Cię na tylnym siedzeniu w moim aucie
Skarbie, Ty jesteś nienormalny
Pragnę Twej miłości
Miłości, miłości, miłości
Pragnę Twej miłości
(Miłości, miłości, miłości, pragnę Twej miłości)
Wiesz, że Cię pragnę
(Bo jestem wolną dziwką, skarbie)
I wiesz, że Cię potrzebuję
Tak bardzo chcę
Bardzo chcę złego romansu z Tobą.*

Jakby powiedział Mistrz Yoda z „Gwiezdnych Wojen”: Ciemną stronę mocy w tym wyczuwam i niebezpieczeństwo straszliwe. Naśladowanie idoli, którzy promują takie wartości, wydaje mi się bardziej szkodliwe od stylizacji ala Morticia z Adamsów, przy dodatkowym założeniu, że „gotów” i „metali” znam bardzo wielu, a zadeklarowanych satanistów – ani jednego. Pentagram przez wielu uważany jest za talizman ochronny, niewinny w swojej wymowie niczym czterolistna koniczynka. Ostry makijaż – jak barwy wojenne Indian czy przedstawicieli rdzennych plemion afrykańskich – to sposób na ukrycie się przed wrogiem pod ochronną maską błogosławieństwa bóstw. Sama muzyka zaś, pochopnie uznana za satanistyczną, w rzeczywistości może wyrażać głęboką religijność (polecam zespoły grające chrześcijański metal), wyrażać emocje z precyzją naostrzonej brzytwy (kiedy nastolatkom w duszy hormonalna bitwa uczuć hula, muzyka pomaga im wyrazić najgłębsze obawy, tylko trzeba umieć słuchać). Jeden z najbardziej rozpoznawalnych „kawałków” kultowego zespołu Iron Maiden „Fear of the dark”, wydaje się dobrze to obrazować:

Jestem człowiekiem, który chodzi sam
I kiedy idę ciemną drogą,
W nocy lub gdy spaceruję po parku,

Kiedy światło zaczyna się zmieniać,
Czasem trochę dziwnie się czuję.
Staję się niespokojny kiedy jest ciemno.

Strach przed ciemnością, strach przed ciemnością
Mam stale wrażenie, że coś zawsze jest w pobliżu.
Strach przed ciemnością, strach przed ciemnością
Mam fobię, że ktoś zawsze tam jest.

Jeszcze ciekawszą odmianą mrocznych rytmów satanistycznych są zespoły typu Sabaton – niepolacy, promujący polską historię na świecie (z naciskiem na Powstanie Warszawskie) w swoich niezwykle cenionych piosenkach. Zaiste straszne to, kiedy młodzi ludzie w czarnych koszulkach niekontrolowanie podskakują pod sceną i często poznają historię po raz pierwszy na własnej skórze, w pyle i glanach (nazywanych powszechnie butami ortopedycznymi, podobnymi do butów wojskowych), w braterskim młynku – prawie jak w walce. A oto fragment jednej z piosenek – „Uprising” – Sabaton:

Warszawo, powstań!

Czy pamiętasz czasy, kiedy naziści okupowali Polskę
1939, sojusznicy się odwrócili
Z podziemia niczym szept pojawiła się nadzieja na wolność
Miasto w rozpaczy, a oni nigdy nie stracili wiary

Kobiety, mężczyźni i dzieci walczyli umierając ramię w ramię
I krew, którą przelali na ulicach była ich dobrowolną ofiarą

Warszawa, miasto wojny
Głosy z podziemia, szepty wolności
1944, pomoc, która nie nadeszła. Wołając:
Warszawa, miasto wojny
Głosy z podziemia, szepty wolności
Powstań i usłysz wołanie. Historia wzywająca Cię:
Warszawo, walcz!

Okultyzm, spirytualizm, gotyk… to niekoniecznie droga prowadząca do satanizmu. To równie dobrze może być ścieżka duchowych poszukiwań głębszego sensu życia, podważanie zastałych filarów wiedzy „objawionej” – jak fachowo traktowane jest myślenie religijne. Wobec tego nie widzę potrzeby, aby na siłę proponować „mhhhrocznym” nastolatkom alternatywy, bo z moich obserwacji wynika, że mniej w nich agresji niż u rówieśników w dresach, białych kozaczkach, a już na pewno żaden szanujący się metal nie będzie uczestniczył w bitwie o ubrania na otwarciu nowej kolekcji w jakiejś „sieciówce”, pozostawiając drapanie i wyrywanie włosów innym.

Dlatego też pora, aby wrócić do naszego nieszczęsnego Indianina – niech siedzi sobie i podziwia widoki, przecież nikomu nie zawadza a i sam myśli samobójczych nie ma. Nie jego wina, że akurat napatoczył się mu niedźwiedź i wywrócił wszystko do góry nogami. Zostawmy też nastolatków słuchających metalu – to nie jest problem sam w sobie. Problem tkwi raczej w dorastaniu, które dotyka przedstawicieli różnych subkultur. Problemem jest jak najbardziej agresja, nietolerancja, niemożność poradzenia sobie z własną fizycznością i duszą, ale po kiego czorta nasyłać na tych biedaków niedźwiedzie? I beczka miodu pitnego dla tego, ba! – nawet kocioł – kto znajdzie praktykującego i świadomego satanistę. Bo doklejenie sobie rogów na halloween, i samo uczestniczenie w zabawach z tym zachodnim świętem związanych – satanisty z nikogo nie czyni.

 

* tłumaczenie tekstów piosenek pochodzi z: www.tekstowo.pl/

 

Danuta Mucha-Orlińska

 

Read More

Człowiek – (nie)przyjaciel psa

lut 02

Kiedy idziecie po mieście, dostrzegacie przede wszystkim budynki, sklepowe witryny i mijanych ludzi. Jednak kiedy tylko pochylicie głowy i skupicie wzrok tuż przy chodnikach, zobaczycie po chwili jakieś bezprzytulne* zwierzę, które radośnie macha ogonem. „Psy, bez względu na rasę, rodowód i pochodzenie, w tym i te, co mają obroże i kagańce, ale znajdują się bez właściciela na ulicach, placach, rynkach, w skwerach, ogrodach, na bulwarach, plażach, w komunikacji publicznej, podwórzach i innych społecznych miejscach, uważane są za bezprzytulne i podlegają umieszczeniu w schronisku” – akcentuje Prawo Ukrainy „O ochronie zwierząt przed okrutnym traktowaniem”. W ostatnich latach, w wielu miastach Ukrainy, znacznie rozprzestrzenił się problem bezprzytulnych psów. Wydawałoby się, że istnieje wiele sposobów, aby zapobiec bezdomności zwierząt: umieszczanie w schroniskach i azylach zwierzęcych, sterylizacja, chipowanie… Ale niestety, w większości miast ludzie pragną rozwiązywać ten problem samodzielnie, często posługując się drastycznymi środkami.

Nie obeszło się i w Czerniowcach bez takich „wybawców miejskich ulic”. W zeszłych latach było wiele wypadków odstrzału bezprzytulnych psów, zwłaszcza w rejonie bazaru. Niejednokrotnie podrzucano też zbłąkanym psom truciznę, wysypując zatrute resztki jedzenia w miejscach, w których się gromadziły. Niestety to my jesteśmy winni powstania tego problemu. Czerniowcy to całkiem spore miasto, ale specjalistycznych azylów dla zwierząt tu nie ma, również nie ma i służb wyspecjalizowanych w łapaniu bezprzytulnych czworonogów. Chciałbym więc odwołać się do sumienia mieszkańców i poprosić o nieco więcej „humanitarnego” zachowania względem zwierząt. Wierzę, że możemy koegzystować z naszymi „braćmi mniejszymi” w jednym mieście i pomóc im odnaleźć nowy dom.

Andrzej Sawczuk

*tłumaczenie oryginalne :)

Read More